wtorek, 19 listopada 2013

… bo fascynuje mnie człowiek

Ciągle nie wiem gdzie jestem w swojej fotograficznej drodze. Mam w głowie tyle myśli o tym, jak powinna wyglądać moja praca. Czy tylko praca? Przecież chciałbym, żeby to było życie. Przyglądam się tym, których stawiam sobie za wzór, słucham przemyśleń ludzi, którzy żyją tym, czym ja powinienem. Staram się zrozumieć. Staram się wyobrazić siebie w przyszłości, kiedy będę mógł spojrzeć za siebie i podsumować swoją fotograficzną drogę. Czy to się zdarzy w ogóle?

Oglądam “Czarną skrzynkę”, dokument którego bohaterem jest Tomasz Tomaszewski. Dla National Geographic zjeździł świat, a jednak wrócił do Polski. To o tym miejscu na świecie chce robić zdjęcia, bo tu mieszkają najbardziej oczywiści bohaterowie jego esejów fotograficznych. Kiedyś Tomaszewski powiedział, że po powrocie do kraju nie mógł wyjść ze zdumienia, że nie zrobiono żadnego z tematów, które wymarzył sobie przed wyjazdem z Polski. Co to znaczy? Czy jesteśmy Eldorado dla dokumentalistów, czy może nikogo te sprawy już nie interesują?

Pamiętam pierwszy materiał Tomaszewskiego po powrocie do kraju. “Rzut beretem” opowiadający o kondycji polskiej wsi oglądałem w warszawskim CSW i ciężko mi było oderwać się od każdego z czarnobiałych kadrów. To było coś co znałem z dzieciństwa, z własnej obserwacji współczesności, prawdziwe i niemal materialne. Wychodząc z galerii wymieniliśmy z moją towarzyszką wrażenia i okazało się, że do niej ten esej w ogóle nie trafił. Dlaczego? Czy to brak podobnych mnie doświadczeń, a może różne oczekiwania?

Fotografia z cyklu“Rzut beretem”
autor: Tomasz Tomaszewski

 

Już wtedy podświadomie wiedziałem co w fotografii mnie fascynuje. To człowiek. Bez jego obecności, czy to w materialnej postaci, czy w formie śladów jego działalności, fotografia nużyła mnie, wydawała się niepełna, pozbawiona pożądanego punctum. Naturalnym następstwem było postanowienie, że ja również będę fotografował CZŁOWIEKA.

Tomaszewskiego staram się śledzić na co dzień. Jego cykl o Śląsku zaskoczył kolorowymi zdjęciami, innymi od tych z “Rzutu beretem”, ale nie mniej oczarowującymi. Potem było Podlasie, dziś Tomaszewski mówi, ze chciałby zrobić w przyszłości materiał o Kaszubach, podkreśla że lubi ludzi, którzy dbają o swoją tożsamość, odrębność, codzienne rytuały. To podejście niczym z National Geographic, tyle że obiekt nieco mniej egzotyczny, ale przez to wcale nie mniej ciekawy. Bliższa koszula ciału…

Tylko, że niestety nadal nic to nie zmienia we mnie. Nie robię takich zdjęć, nie podejmuję tematów które kołaczą mi się po głowie. Czy to z lęku przed porażką mam taką blokadę? A może nie posiadam odpowiednich cech, które powinny charakteryzować fotografa eseistę, dokumentalistę, reportażystę? Tłumaczenie, że zawodowe zajmowanie się taką fotografią dla prasy jest bezcelowe, bo zawód ten przestał istnieć, nie wydaje się być wystarczające. No więc jaki powinienem być fotografując człowieka?

Pamiętam jak na warsztatach fotograficznych u Andrzeja Zygmuntowicza na Uniwersytecie Warszawskim, Hanka Musiałówna opowiadała o cieszącej się bardzo złą sławą ulicy Brzeskiej i materiale dla Polityki, który miała tam zrobić. Później w Biuletynie Fotograficznych “Świat Obrazu” (3/2009) przeczytałem tę samą opowieść i zmroziło mnie do szpiku kości.

Nie zamierzała pokazywać tego miejsca, nie udało się jej zrozumieć mieszkających tam ludzi ("uznaliśmy dzieci z ulicy Brzeskiej za stworzenia obcego gatunku. Nie rozumieją ludzkiego języka..."), wracając na “swoją stronę rzeki” otrząsała się niczym z brudu z doświadczenia ich poznawania i zastanawiała się jak zapobiec zarazie (“W jaki sposób – myślałam wracając między ludzi – oczyścić miasto z niebezpiecznego elementu? Dzieciorobów wykastrować. Niemowlęta i przedszkolaków oddać do adopcji, młodociany narybek wyłapać i pod bronią ostrą wbić do łbów zasady obowiązujące w społeczeństwie ludzkim. Osobników nierokujących pozbawić życia za pomocą prądu lub innego humanitarnego środka…”) i dokąd zmierza ludzkość (Ze mną też nie jest najlepiej, skoro dopada mnie chwila tak okrutnego zwątpienia wobec bliźniego).

Cholernie szczerze! Ciężko winić fotografkę za to jak mocno przeżyła temat dziennikarski, ale czy można w ogóle mówić o byciu fotografem, skoro autorka uznała, że wydrukowanie jakichkolwiek zdjęć z Brzeskiej w jednym z najpoczytniejszych tygodników byłoby niezasłużoną promocją tego miejsca? Słuchając Hanki Musiałówny wierzyłem w jej odczucia i myślałem, jakie straszne to musi być miejsce na ziemi.

Tymczasem Maciej Pisuk, niegdyś słuchacz tych samych warsztatów u Andrzeja Zygmuntowicza, podszedł do tematu Brzeskiej od zupełnie innej strony. Uznał, że największym lokalnym problemem tego miejsca jest stygmatyzowanie ludzi je zamieszkujących. Postanowił ich uczłowieczyć, pokazać ich twarz i udało mu się to w cyklu "Fotografie z Brzeskiej" pokazywanym w galeriach i na festiwalach. Obecnie można zobaczyć go również pod tytułem "Under the Skin" na Burn Magazine.

Fotografia z cyklu “Under the Skin”
autor: Maciej Pisuk

 

Brzeska Macieja Pisuka to ta sama ulica, po której spacerowała Musiałówna, mieszkają na niej ci sami ludzi, z takimi samymi problemami. Tyle, że na czarnobiałych zdjęciach, które powstały jesteśmy w stanie poznać całe pokłady człowieczeństwa, którego fotoreporterka z Polityki nie potrafiła dostrzec. Bohaterowie dostają twarz, a wraz z nią własny głos. Skąd taka ogromna różnica? Jak to się stało, że ktoś z aparatem jednak potrafił dotrzeć do miejsca gdzie powinien znaleźć się wrażliwy na człowieka fotoreporter?

Kiedy w tej samej Polityce, czytam tekst “Brzeska na żywo” Marty Mazuś, traktujący o fotografiach Macieja Pisuka poznaję jeszcze bliżej bohaterów eseju. Adę i jej męża Marcina fotograf spotkał po raz pierwszy kiedy zawędrował na podwórko ich kamienicy i zapytał czy może zrobić im zdjęcie. Ada mówi: Tu co weekend przewalają się tabuny fotografów. Wychodzisz na podwórko, cały tydzień zapieprzasz w robocie, chcesz odpocząć. A oni przychodzą, patrzą się na ciebie jak na małpę w cyrku. Myślą, czy zaraz nie rzucisz kamieniem, czy wywalisz język, czy poślesz wiązankę, a żadnemu do łba nie przyjdzie powiedzieć głupie dzień dobry. Maciek jako jeden z niewielu chciał się zintegrować, porozmawiał z nami, zapytał o coś.

Co powoduje, że człowiek nie chce patrzeć na bliźniego przez pryzmat tego co ich łączy, a jedynie dzieli ludzi na kategorie? Dobrzy – źli, tak łatwo postawić kogoś po jednej stronie własnej linii demarkacyjnej, uprościć sobie świat, nie potrzebować zrozumieć. Posługując się szklanym okiem aparatu fotograficznego chciałbym poznawać ludzi, nie zamieniać się w bezmyślny przedmiot. Nie uda mi się uniknąć ocen tego co widzę i doświadczam, jednak nie chciałbym nigdy odwrócić się przez nie od człowieka, bo czuję, że było by to jakby odwrócić się od życia.

Czy fotografia będzie moim życiem?


2 komentarze:

  1. To brzmi strasznie głupio i jak z amerykańskiego filmu klasy B, ale po przeczytaniu Twojego tekstu mam w głowie tylko angielskie "make the difference" - jak żyć/fotografować/tworzyć/pracować, żeby nasze życie coś zmieniło w naszym otoczeniu, żeby ślad, który po sobie zostawiamy był coś wart...

    Ja też od dłuższego czasu zastanawiam się nad tym i robię najgorszą możliwą rzecz - nie robię nic, czekam, zastanawiam się zamiast podejmować działania. Jestem prokrastynatorką (czy jest takie słowo?) w pełnej krasie.

    Moim celem na najbliższy czas jest zacząć działać - nawet jeśli nie jest to do końca przemyślane. Bo pewnych kwestii i tak nie jesteśmy w stanie ogarnąć czy kontrolować...

    OdpowiedzUsuń
  2. To nie brzmi głupio, tylko uśmiechamy się zazwyczaj słysząc coś takiego bo to nas chroni przed szyderstwem kiedy próba zmieniania czegoś nie udaje nam się, mimo podjętych prób. No właśnie, podjęcie próby... Sam jestem w podobnej do twojej pozycji... chcę, ale...

    OdpowiedzUsuń

Powered by Blogger