wtorek, 26 października 2010

Dziki Gon

Jeszcze w niedzielę o 23 siedziałem wygodnie w fotelu wrocławskiego kina Helios uczestnicząc, w jednym z ostatnich pokazów pierwszego American Film Festival, a już godzinę później gnałem pociągiem do Warszawy.

Wracałem do codziennych obowiązków, zwyczajnych dni i znajomych kątów. Jednak w głowie grała orkiestra krasnali-górników, walących na przemian oskardami w potężne gongi, domagając się uwagi dla pomysłu, który już od dawna przebijał się do świadomości. Ciężko było tych maluchów zignorować, ale jakoś udało mi się. Caluteńki dzień wytężonej pracy pomagał w tym przedsięwzięciu. Kiedy jednak tylko odłożyłem na bok pracę i położyłem się do łóżka, kapela wróciła z jeszcze głośniejszym repertuarem i nie zważając na moje żałosne kwilenia i błagania, waliła opętańczo w swoje piekielne talerze.

Poddałem się… i założyłem bloga.

Pomysł jest nie nowy, już od wielu dni chodziła mi bowiem po głowie myśl o znalezieniu sobie miejsca gdzie ujście będzie mogła znaleźć moja potrzeba dzielenia się natłokiem myśli i wrażeń, choćby nawet nikt ich miał nie czytać. To nie pierwsza moja próba. Oprócz strony poświęconej grom bitewnym i blogom fotograficznym, próbowałem również prowadzić już, podobny do tego, internetowy dziennik, ale niewiele z tego wyszło. Nie wiem czy tym razem będzie inaczej, ale zostałem znów porwany do szalonego korowodu, złożonego z zamieszkujących moją głowę demonów. To było silniejsze ode mnie.

Kiedy zdałem sobie sprawę, że po raz kolejny działam pod wpływem niezrozumiałego impulsu, a moje czyny mogą zwiastować jakąś tragedię (albo blog umrze za dwa tygodnie, albo, co gorsza, będzie miał się dobrze przez długi czas), od razu pomyślałem o mitycznym Dzikim Gonie i już nie pozbyłem się tego porównania. Blog uzyskał osobowość i nazwę.

Wikipedia tłumaczy pojęcie Dzikiego Gonu jako:

Dziki Łów, Dziki Gon lub Dzikie Polowanie (ang. Wild Hunt) - mit ludowy rozpowszechniony w dawnych czasach przede wszystkim w północnej Europie oraz Wielkiej Brytanii. Głównym założeniem tego mitu - niezależnie od jego wersji - są łowy, w których udział bierze gromada myśliwych-zjaw, w pełnym rynsztunku myśliwskim, gnających konno jak szaleni przez nieboskłon, z towarzyszącymi im psami i innymi nieodłącznymi elementami polowań.
Ujrzenie Dzikiego Łowu uważano za przepowiednię jakiejś katastrofy, np. wojny czy plagi, a w najlepszym wypadku - śmierci tego, kto go ujrzał. Śmiertelnicy, którzy przecięli trasę Łowu lub nią podążali, mogli zostać porwani i zabrani do krainy zmarłych.

W mojej głowie jest wiele nawiązań do tej legendy, te bliskie z sagi Andrzeja Sapkowskiego o Wiedźminie, jak i odleglejsze związane z postacią Króla Olch z ballady Goethego z muzyką Franciszka Schuberta. Może kiedyś rozwinę nieco szerzej ten temat, ale tymczasem chciałbym pozostać z samą wizją dzikiej kawalkady porywającej mnie do swojego szaleńczego orszaku. Niechże tą wizją zainauguruję mój nowy blog i w końcu oddam się snom, w których chciałbym wrócić do urokliwych uliczek Wrocławia, które zostawiłem, wbrew swojej woli, ledwo nieco ponad dobę temu.

Kolorowy świat, Wrocław
foto: © Camparis

 

1 komentarz:

  1. street artowa Ruska to dobry początek :D

    OdpowiedzUsuń

Powered by Blogger